inuki blog

Twój nowy blog

2.0 (czy 14?)

Brak komentarzy

Po 4 latach postanowiłam reaktywować bloga :D natchnela mnie do tego ostatnia wycieczka rowerowa – niby nic specjalnego, niby dobrze znana okolica, a jednak po raz kolejny przekonalam sie, ze wyspy tez moga byc naprawde piekne (i zaskakujace). Szkoda, ze w sumie sezon sie powoli konczy i pewnie slonecznych dni nie zostalo zbyt wiele, ale mam troche do nadrobienia, wiec materialu nie powinno mi zabraknac :)

zobaczymy, co z tego wyniknie tym razem!

13.

Brak komentarzy

Uwierzcie, lub nie, ale mój pracodawca sprawia, że czuję się jak w domu! Rządzą tu iście polskie prawa (szczególnie BHP), jedyne różnica, że przynajmniej kase dostajesz w miarę godną.
Jasne, że 40h na tydzień, przy 5 pracujących dniach to nie jest wielka ilość, ale 35h pracujesz w imprezowym hałasie, na trzeźwo, próbując być miłą dla nawalonych tubylców. W najbliższy poniedziałek, najbardziej znienawidzona przeze mnie rzecz – bank holiday (długi łikend). Co oznacza, że od piątku od 19:00 do niedzieli robię 31h. Nie żeby to było nielegalne…
Połowa rzeczy, jaką robimy, nie należy do naszych obowiązków, ale przyjęło się, że barmani się tym zajmują, więc nie komentujemy, nawet po kilku ostatnich wypadkach (jakim cudem nie przydarzyły się mnie?) gdy ktoś pośliznął się na schodach i skręcił kostkę, lub spuścił sobie na nogę zgrzewkę piwa w szklanych butelkach i ZŁAMAŁ kość dużego palca z przemieszczeniem…

Odwiedziłam ostatnio straszne muzeum. Oczywiście nie straszne w polskim znaczeniu, zadbane, czyste, dostępne dla dzieci i niepełnosprawnych, pełne interaktywnych obiektów… Jednak, jako że jest to muzeum regionu, jest w nim… wszystko. Połączone z unikatowym zimowym ogrodem i sporym (jak na angielskie normy) parkiem, tworzy dość… ciekawą kompozycję. Można by się spodziewać, że stałe wystawy obejmą raczej przyrodę okolicy, ale gdzie tam! Historia, z budową statków i kopalniami, miesza się ze słynnymi (ponoć) wyrobami ze szkła i porcelany, żeby za chwilę zmienić się w upiorne pomieszczenie z „alive world”, wypełnione wypachanymi, brzydkimi (!!) zwierzakami z całego świata (ja rozumiem, że dzieciak poza national geographic czy animal plant nie widział lwa na żywo, ale to coś bardziej przypominało pluszaka po praniu w wysokiej temperaturze…), do tego zagadka dla dzieci „funny bones” z mini czaszką małpki jako jednym z obiektów. Albo model domu (jak dla lalek), a pod nim około 10 różnych insektów i robali „dopasuj robaka do pomieszczenia w którym żyje”. Dzięki temu wiesz co je resztki po twoim obiedzie lub kąpieli…. Szkoda tylko, że mali wyspiarze nie wyciągają wniosków w postaci sprzątania po sobie ;)
Najgrosze jednak czekało mnie na końcu, „życie Sunderland’u”, gdzie pokazano jak ludzie mieszkali, jedli i żyli od początku XX wieku. I dochodzimy do sedna – lata 40, 60 i 80 zestawiono z… 1999! Z komórką (i to wcale nie cegłą), persilem, kondomami dla kobiet i komputerem, zwykłym PCtem, który był 3 z kolei w mojej życiowej historii, na czele!
Poza głęboki westchnięciem i cichym pogodzeniem się, że moje nastoletnie lata można oglądać w muzeum, nie mogłam nic zrobić ;)

Oczywiście jest wiele miejsc, o tkórych niewiele osób wie, jeśli nie odwiedzało tego rejonu turystycznie. Np muzeum zabawek (swoją drogą ono było naprawdę, serio przerażające, hangar wypełniony zabawkami z przed lat. Ale to dlatego, że jakieś 20 lat temu pan założyciel uzbierał kilka pudeł zabawek, które naprawiał przy okazji reperacji samochodów i postanowił wraz z żoną zrobić jedną, małą wystawę. A że popularność przekroczyła wszelkie oczekiwania, rzucili wszystko i założyli muzeum, które utrzymują i którym opiekują się sami. Wielkie wow, na polskie realia, na brytyjskie raczej norma), czy niedostrzegalne elewacje budynków, klimatycznie zaułki. Zastanawiam się, czy kiedyś i ja będę taką samą ignorantką w Krakowie…?

Na koniec garść nowych informacji o Polsce:
[reakcja na moje przeziębienie z gorączką] To Polacy w ogóle chorują?

To w Polsce nie mówi się po angielsku? Bo myślałem, że to tak jak z Australią, po prostu macie inne niektóre słowa…

Jak to nie musicie mieć wizy pracowniczej?!

Ahhh już nie mogę się doczekać „wakacji” :D

12.

Brak komentarzy

Znacie ten rodzaj najgorszego zmęczenia, kiedy po kilku dniach spania po 3h na dobę, wreszcie kładziecie się do łóżka (z perspektywą wolnego dnia i możliwością spania 20h), a za nic w świecie nie możecie zasnąć?
Dodatkowo wiecie na pewno, jak bardzo NIE PRZESZKADZAJĄ mi hałasy typu ludzie w mieszkaniu, rozmowy, muzyka. Niestety – wietnamczycy przebili wszystkich, a ich poniedziałkowe pielgrzymki, trzaskanie drzwiami, gotowanie i jazgot sprawiają, że mam ochotę zrobić wielką, polską imprezę dzień przez ważnym egzaminem współlokatorek, nie próbując nawet ich uprzedzać.
Tymczasem jedynie nie przejmuję się hałasami po powrocie do domu po 4 nad ranem.

W niedzielę w moim klubie odbywał się konkurs tańca na rurze (tak, pole dancing contest), przy czym było to wydarzenie charytatywne na rzecz chorych dzieci (nikt nie zrozumiał mojego sarkastycznego stwierdzenia, że „szkoda, że nie na ofiary handlu żywym towarem…). Widziałam jedynie początek, czyli dziewczyny po kilku lekcjach, ale wiem, że udział brali również panowie, oraz panie w ciałach panów (transwestyci).
W ramach spokojnego wieczoru mogłam również (wreszcie) pogadać dłużej z klientami, co generalnie sprowadziło do wyciągnięcia pewnych wniosków. Na czele z jednym: ludzie tutaj naprawdę mają łatwiej.

Nie wiem jak w innych krajach Europy, wiem, że jeśli masz tutaj marzenie lub plan zostania kimś, albo wzięcia w czymś udziału, po prostu sprawdzasz jak to zrobić i robisz to. Zostać zawodowym żołnierzem? Wyjechać na rok do tajlandii? Kupić sobie motor w „przedsprzedaży” z limitowanej edycji? Nie ma problemu. Mieć psa, mieszkanie, tatuaż na całych plecach czy kolczyki w stopie.

I żadna rzecz nei jest wielkim osiągnięciem czy wyzwaniem. Przygodą. Efektem, osiągnięciem planu.

Pewnie, że kasa ma tu znaczenie. O tyle, że wiesz, że pójdziesz do pracy i dniówkę zorganizujesz przyjęcie, albo odkładając pół roku niewielką sumę stać cię na 2tygodnie all inclusiv na Malediwach.

Oni nie rozumieją jednak, jak cenne jest to poczucie bezpieczeństwa. Jak cenne są te możliwości, które dostali – z powodu miejsca swojego urodzenia.

Z rzeczy, które mnie zabiły, to licencja na alkohol.

Wyobraźcie sobie, że sklepy mają możliwość sprzedawania alko najpóźniej do 23, no może do północy, ale niewiele, kluby do 3 rano, kasyna do 5. Potem nie ma miejsc, gdzie e to alko kupisz chyba do 8 rano.

I oni nadal mają alkoholików w społeczeństwie :D
[Już nie wspominam o cenach. Szok i plany łikendu imprezowego w pl, gdy wręczając 10F (ok45zł) koledze udającemu się na Opener, poprosiłam o zakup dwóch połówek. w tej cenie kupisz tu może najgorszą, spirytusowo wodną wódkę w ilości 0,5, ale powtarzam po innych, bo sama nie widziałam nigdzie takich cen, minimum to 12F.)

Co do openera. Kolega wrócił („- nie znalazłem tej wódki co chciałaś… -hmm, nie znalazłeś połówki wiśniówki? – no… ee nie, nie było nigdzie… -mhm. nie było wiśnikówki, rodzaju alkoholu nie marki, nigdzie w całym gdańsku i gdyni, ani na bezcłówce na lotnisku, ani w sklepach najbliższych/stworzonych specjalnie na jeden z najwiekszych polskich festiwali? ryli?), szczęśliwy i nauczony perfekcyjnie dwóch zdań, które ogłosił najważniejszymi zdaniami po polsku, jakie trzeba znać.:

1. poproszę malboro czerwone

2. usiądź mi na twarzy.

Aha, moje plany przyjazdowo-powrotowe:
Wrzesień 9-12.09 – weeknd ślubny :D

powrót na stałe: koniec października lub początek listopada.

I już zapowiadam, że 9.09 (piątek) wiecie co się dzieje (po tym odwyku alkoholowym tutaj, umrę na bank.)

11.

1 komentarz

Pisałam tę notkę 2 razy i za każdym w niewyjaśniony

sposób coś sprawiało, że się kasowała.

Dlatego, bardzo się skrócę pisząc to po raz trzeci ;]

Poleciłam Grubciowi płytę Chase & Status (no more

idols), która tutaj stanowi podstawę imprez w klubach –

połowa kawałków jest grana non stop. Jakież było moje

zdziwinie, gdy okazało się, że w pl nikt tego praktycznie

nie zna. Postanowiłam więc stworzyć małą plejlistę,

kawałki te (o wątpliwej wartości artystycznej, za to

oddające w pełni klimat i sposób imprezowania) słyszę

conajmniej kilka razy w ciągu jednej nocy.

Kolejność jest przypadkowa – może jednak coś się komuś

spodoba ;]

1. Beyoncé – Run The World (Girls)



2. Dizzee Rascal & Armand Van Helden – Bonkers



3. LMFAO – Shots ft. Lil Jon



4. Wynter Gordon – Dirty Talk



5. Journey Don’t Stop Believing

http://www.youtube.com/watch?v=rfUYuIVbFg0

6. Oasis – Don’t Look Back In Anger



7. Example ‚Changed The Way You Kiss Me’



8. Alexandra Stan – Mr. Saxobeat



9. LMFAO – Party rock anathem



10. Enrique Iglesias „Tonight” (I’m F**kin’ You)



11. Kawałki Chase&Status

12. Kings Of Leon – Sex On Fire http://www.youtube.com/watch?v=RF0HhrwIwp0

Większością już normalnie… no, ale czasami zdarzają się perełki jak 5, 6 i 12 ;) (nie remixowane!!!)

10.

1 komentarz

Z racji tutejszych dni wolnych – zwanych bank holidays – wszystkie kluby i restauracje pracują na podkręconych obrotach. Naprawdę jeszcze tak zmęczona nie byłam, jak w niedzielę po pracy.
Dodając do tego nikogo nie dziwiący, piątkowy „wypadek” wymycia stolików wodą z czymś na zasadzie dosmestosa i lekkiego poparzenia ręki (którego skutki odczuwam na dłoni do dziś) – było wręcz cudownie.
W takie długie dni wolne do klubów przychodzą naprawdę dziwni ludzie, im bardziej wolne spowodowane jest świętem (np Wielkanocą), tym dziwniejsi i to w nie pozytywnym sensie.

Brytyjska MTV bardzo ułatwiła mi przekazanie wszystkim tego, co tutaj się dzieje i co w pracy widzę codziennie. MTV UK stowrzyła show, na bazie amerykańskiego Jersey Shore –> Gordie Shore. Gordie to rdzenny mieszkaniec północnej anglii, między innymi Newcastle (może nie do końca na zasadzie naszych kaszubów czy ślązaków, ale powiedzmy że tak).
Program to rejestr z życia 6 czy 8 gordersów, którzy zamieszkali w jednym domu i powinni pracować, imprezują i żyją razem, dostarczając rozrywki widzom. Dom tej edycji znajduje się w Newcastle (a jakże!) i grupa imprezuje w mojej najbliższej okolicy, z „moim” klubem włącznie.
Nie zdradzę nic więcej. Poradzę jednak, aby pominąć odc 1 i obejrzeć drugi. Jeśli ktoś jest zainteresowany oczywiście – nie ma się co martwić, że nie ogarnie się wątków.
Ten odc oddaje wszystko – akcent (spróbujcie zrozumieć o czym oni gadają), wygląd, sposób ubierania, imprezowania i zachowanie. I dodam, gdyby ktoś nadal nie rozumiał: TAK WYGLĄDA TUTEJSZA RZECZYWISTOŚĆ.

[Wklejam linka, nie wiem czy to będzie działać w pl niestety, ale ktoś mądry na pewno znajdzie coś, co działa :P:
http://alltvshows4u.com/2011/06/01/geordie-shore-season-1-episode-2]

Tak czy inaczej – organizm przestawił mi się już całkowicie na nocne godziny, czy pracuję czy nie. Utrudnia to sprawę np. zakupów, ponieważ sklepy – z centrum handlowym na czele – zamykane są przed 18, no najpóźniej o 20. Jako, że mieszkam w censtrum, do najbliższego otwartego po 22 mam dość spory kawałek – ponieważ bywają otwarte jedynie sklepy prowadzone przez hindusów lub arabów.
Swoją drogą – jak już wspominałam Olga mieszka w hinduskiej dzielnicy i miałam okazję wejść do sklepu pod tytułem „Kaśka, cokolwiek zobaczysz NIE PYTAJ co to jest” (na tej samej zasadzie często zdarzają się sytuacje „najpierw zjedz/wypij, potem pytaj”). W tymże sklepie od kilku rodzajów bananów, ziemniaków, owoców i warzyw których nie widziałam nawet na discovery, poprzez przyprawy, tajemnicze puszki, buteleczki i pudełeczka z dziwnymi napisami, dotarliśmy do półki z ksiązkami, a na miejscu głównym leżał Koran (do kupienia oczywiście).

A propos sklepów – oczywiście w UK nie praktykuje się second handów, żadnych typowych i znanych z pl nie widziałam, z resztą skoro ciuchy tutaj tanie jak barszcz (ostatnia wyprawa: buty na wysokim obcasie, 2xbaleriny, torebka, legginsy, bluzka = 10F ~50zł…), ALE – jest coś takiego jak charity shops. To nic innego jak sklepiki z używanymi rzeczami, zabawkami, fimlami czy ksiązkami, które ludzie oddają na cele dobroczynne i które są sprzedawane na rzecz tychże celów. Na razie znalazłam 5 takich sklepów, w tym Brytyjski Czerwony Krzyż, fundacja dla zwierząt i kilka oddziałów jakiejś większej fundacji dla ludzi. Rzeczy do kupienia też w niskich cenach, unikatowe i w bardzo dobrym stanie, niektóre z tych sklepów wyglądają jak pokój, po którym sobie chodzisz i wyszukujesz – i masz świadomość, że twoja kiecka na impreze, albo od dawna szukany tytuł do filmowej kolekcji pomoże komuś w potrzebie :)

9.

1 komentarz

W ramach nocnej pracy, moja skóra raczej słońca nie widuje, a bez wdawania się w medyczne szczegóły – wszelkiego rodzaju kremy i balsamy z dodatkiem samoopalaczy czy brązerów powodują wystąpienie objawów uczulenia. Postanowiłam więc skorzystać z solarium, co tutaj jest wyjątkowo tanie.
Także udałam się tam, gotowa na pogadankę na temat raka skóry (w języku angieslkim), oraz podpisania oświadczenia, że zdaję sobie sprawę z ryzyka.
Jakież było moje zdziwienie, gdy pani wręczyła mi obszerny formularz ze szczegółowymi pytaniami na temat chorób wszystkich możliwych organów wewnętrznych plus skóry, po wypełnieniu tegoż musiałam oddać swoje odciski palców (serio) – co prawda to tylko na zasadzie idendyfikacji, aby nikt inny nie mógł korzystać z ewentualnego karnetu oraz moich danych.
Na koniec pani poinstruowała mnie o konieczności zalepienia sobie oczu plastrami antypromieniowymi, powiedziała że powinnam użyć kremu z filtrem (nie polecała konkretnego), po czym oświadczyła, że na więcej niż 6 minut nie może mnie wpuścić przez najbliższe 3 sesje (i tak nie chciałam więcej, ale nie mogłam się odezwać z powodu szoku).
Solarium to nie jakiś oddział spa, ani luksusowa jednostka, zwykłe jak polskie (jeśli masz mniej niż 18 lat bez zgody rodziców nie wejdziesz…)

Także tego, osobiście uważam, że solarium (solarzysta?!) bardziej dba o moje zdrowie niż lekarz/pielęgniarka (co w jakimś sensie sprawiło, że przez chwilę poczułam się jak w domu)!

[dla jasności uważam, że bardzo dobrze robią z tym formularzem i tak powinno być].

8.

2 komentarzy

Zderzenie z brytyjską służbą zdrowia było niesamowite.
Wypełniasz papierek, umawiasz się na wizytę do pielęgniarki i jesteś zapisany.
Mój lekarz mieści się w środku centrum handlowego, w części drogerii (coś na kształt rossmana).
Pani pielęgniarka bada ciśnienie, waży i mierzy i pyta, czy kiedykolwiek paliło się papierosy.
Po tych „badaniach” pyta, czy czegoś potrzebujesz. Ja potrzebowałam, dostałam receptę na 6 opakowań, które tutaj są darmowe (w pl koszt ok. 250zł). W pl dochodzą koszty lekarza specjalisty oraz szeregu badań, bez których lekarz nie powinien przepisywać tychże środków. Pani pielęgniarka wręczyła mi także broszurkę na temat szczepinia, które ma chronić przed rakiem kobiecych narządów, która to szczepionka również jest darmowa (w pl ok 1500zł).

Są jednak i minusy: badania, o któych wspominałam wcześniej, w pl są bardzo pilnowane, więc raz na 2 lata wszystko zostaje sprawdzone, więc płacąc za wizytę u lekarza wiesz za co płacisz (lub ja miałam szczęście i znalazłam dobrego :P).

Co najlepsze – żeby zapisać się do lekarza, należy mieć adres w UK [lub podać czyiś...?], można mieć też odpowiednik NIPu czyli NIN, choć mnie jak dotąd nikt o to nie spytał. Wpadajcie robić zapasy :P

7.

2 komentarzy

Podczas mojej ciężkiej pracy muzyka  może pomóc lub dobić – nietety w tutajszym wydaniu cześciej sprawia, że mam ochote walić głową w ścianę.
Co lepsze zbliża się najcięższy tydzień w roku: jUKejczycy wielkanoc obchodzą w pubach, restauracjach i na wielkich imprezach, więc piątek, sobota, niedziela i poniedziałek co chwilę coś jest organizowane. Wtorki mój klub ma zajęte przez wielką imprezę cykliczną, najbliższa środa to uniwersytecki turniej sportowy (w Newcastle są dwa uniwersytety, które prowadzą ze sobą odwieczną rywalizację), czwartek wielki, królewski ślub (tutaj NAPRAWDĘ panuje obsesja, w KAŻDYM sklepie mozna kupić okolicznościowe gadżety – dla niewtajemniczonych książę William bierze ślub), a później zwykły weekend.
Znalazłam kawałek, który symbolizuje naprawdę wszystko – od ubrań, poprzez zachowanie (dodajac duze ilosci alkoholu) na zachowaniu kończąc. TAK to tutaj wygląda. TAK się tutaj ludzie ubierają NA CODZIEŃ:

Mam już swoją miejscówkę – pokój w mieszkaniu dzielonym z dwoma… Wietnamkami. Cały budynek jest lekko ukryty w bocznej uliczce w samym centrum miasta (do pracy mam 3 minuty. na nogach. spacerkiem. do centrum mam 3 minuty. na nogach!!) , zamieszkany chyba przez tylko i wyłącznie azjatów… :D:D:D:D [mała dygresja do Alex: nie zostanę mistrzynią gotowania ryżu, bo oni używają swojej SPECJALNEJ, WIETNAMSKIEJ MASZYNY do gotowania :P].
Podczas małej kolacji zapoznawczej potwierdziły się moje wcześniejsze obserwacje: nie podoba im się w Anglii. Nie lubią ani klimatu, ani języka, ani jedzenia. Z jęzkiem ja naprawdę NIE WIEM JAK oni są na ostatnim roku studiów, ja nie mówię świetnie, mówię wyraźnie i powoli bo sama nie wiem czy dobrze, a oni nie rozumieją połowy. O pl nie słyszeli nic absolutnie (i dobrze :P), pytali czy czegoś nie jemy, jak obchodzimy święta.
I tak, jedzą psy. Nie, nie tutaj, u siebie. Zgodnie uznali (były Ruby i Danii, oraz chłopak Ruby), że to najlepsze mięsko jakie jedli. Dla uspokojenia powiem, że pies na takie mieso musi być specjalnie hodowany, specjalnej rasy i maści, nie może pochodzić z łapanki.

Tęsknie za smakami. To chyba najgorsze. Nie mówię już, że czizburgery nie smakują tak jak w pl, nie ma normalnych jogurtów, kefirów, chleba… to jeszcze dzisiaj, pierwszy raz od dawna zapragnęłam napić się waniliowego szejka. Nigdy więcej nie popełnie tego błędu. Nie chcę wiedzieć czy to my, czy oni nie wiedzą, jak smakuje wanilia… [aż strach myśleć, jak smakuje czekoladowy...]

Tęsknie za miastem z blokowiskami. Za tramwajami. Za tłokiem w autobusie. Za moherami…

A najbardziej tęsknie za Wami. Za ludźmi, za tym że wsiadam w autobus i po 10 minutach (plus godzinne spóxnienie) jestem u Natalii i Arosława i męczę kota oglądając M jak Miłość i popijając herbate z mlekiem. I za tym, by pojechać nieco dalej i robić obiad z Alex i Przemkiem. Albo zwlec się z łóżka, bo Gruby już zrobił sobie herbatę w mojej kuchni i chce gadać… I do wstawania na 8 rano, przeklinając pod nosem, na nieludzką porę dnia (nocy?), ale pójść na uczelnię i powygłupiać się ze wszystkimi… I do pójścia spacerem na rynek i wiedzieć do którego pójść klubu, żeby spotkać znajomych…

!!Macie przerąbane w sierpniu :D

6.

2 komentarzy

Jeśli ktokolwiek myśli, że niedobitki obleśnych brytyjczyków łażące po krakowie i siejące strach i obrzydzenie, to jakiś margines wyspiarskiej społeczności, który postanowił spędzić kilka dni w innym otoczeniu, to się grubo myli.
TAK wyglądają tutajsze imprezy.
TAK zachowuję się tutaj młodzi i średnio młodzi ludzie.
Na imprezy chodzi się w szpilkach i mini, lub shirtach, dżinsach i laczkach – nie wazne czy stopni jest -2, czy 20.
Na imprezach rzyga się pod siebie (moja rada: nie siadajcie w klubach nigdy na zadnych miejscach obitych materiałem. NIGDY.)
Piwo (a wlaściwie napój piwopodobny jak dla mnie, którego żaden znany mi polak raczej by nie tknął) nalewasz tak, żeby piana nie miała więcej jak 1cm (nie dotyczy guinnessa).
Co się tutaj pija najczęściej? Oczywiście zależnie od promocji, ale coś z czym się w pl nie spotkałam, to picie litró drinków o składzie: wódka + lemoniada (czasem z dodatkiem soku porzeczkowego lub limonkowego, takiego zagęszczonego do herbaty)… Popularnością cieszą się też jager-bombs czyli szot jagermajstera zatopiony w odpowiedniku red bulla. Jest też w ofercie szerek shotów z alkoholi typu likiery lub schnappsy (max 14%), wiec ja nie wiem jak szota z tego mozna pić. Ma to konsystencje likierową, niektore wyglądaja jak jogurt do picia, no ale – co kto lubi. No i jedyne co nie rani mojej ręki, to szoty włoskiej sammbuci (ktore podajemy nie tak jak trzeba).
Wódka oczywiście jest ciepła („wódka z lodówki…? czemu?”), a imprezy z masą mlodzieży „sponsorują” plastikowe szklanki. Jeee.

Poniżej przedstawiam kilka „faktów” o Polsce, które dotarły do mnie:
- to polacy mówią po polsku? ja myślałam, że u was mówi się po niemiecku…
- to polska nie jest częścią rosji?
- Polska? A tak, ja byłem ostatnio w tej waszej Pradze, naprawde świetne piwo…! [nie chodziło na pewno o dzielnicę warszawy]
- kolega nie jest pijany, on po prostu jest polakiem…! [kolega był pijany i nie był polakiem]

A propos ostatniego – jeśli jesteś domny/a z tego, że rozumiesz wszystko w tv, angielskiego radia, oglądasz seriale bez napisów, rozmawiasz z amerykanami i zdałes mature z ang na 5 (100%), nie myśl że spotykając rodowitych brytyjczyków (nie wazne: szkotów irlandczyków czy innych) dogadasz się z nimi bez problemów. Slang plus akcent, plus zwyczajowe słówka i zdania, których nigdzie nie uczą robią swoje.
Nazwy alko musieli mi przeczytać na spokojnie, bo to jak powinno się je wymawiać po ang, a to jak się wymawia to dwie różne kwestie [i pomijam tu to jak w ogóle brzmi poprawna wymowa].

5.

2 komentarzy

Dostałam pracę :D Będę docelowo panią barmanką w dość sporym klubie w centrum miasta (i mówiąc „sporym” mam na myśli 3 piętra i 4 wielkie bary + restauracja, 40 osób obsługi a ja wraz z grupą nowo przyjętych poszerzę liczbę do 50). Taaak, tak – gratulujcie mi :D

Niezależnie od tego, wczoraj miałam przyjemność uczestniczyć w pierwszej imprezowej nocy tutaj. Oto i wnioski:
1. polska wódka jest najlepsza – i nie myślcie sobie, że każda wódka smakuje tak samo i że każda jest tak samo niedobra. Otóż jest różnica w smaku, po której w pl możesz określić cenę a także producenta, a pijąc w klubie wiesz ile wody do niej dolali. Najgorsze wódki są ziemniaczane (pozdrawiamy Bolsa!). Tutaj… cóż, nie chcę wiedzieć, jak się nazywało to, co piliśmy, powiem tylko że czekam na alkoholowe paczki z ojczyzny, bo innej niż krajowa już nie pije ;]

2. tzw. szkło – w większosci klubów nie uświadczysz szklanych kufli ani kieliszków. W związku z jakością wódki – jej i tak ciężki smak, po kilku sekndach przesiąka smakiem plastiku – JEA!! Może tak chcą zwiększyć efekt… Chyba zaczne nosić swój kieliszek z zaświadczeniem, że jestem alkoholikiem i mi wolno ;]

3. zasięg – uwierzcie na słowo: brak zasięgu w krakowskich klubach jest błogosławieństwem! teraz wiem dokładnie o co chodzi z „piłeś – nie dzwoń/nie pisz!” :P

4. zjawisko znikania – sama nie rozumiem nadal, dlaczego tak sie dzieje, ale: wchodzisz do klubu w którym aż trudno się ruszać, tyle ludzi, kolejka do baru. Nagle wszyscy wychodzą i zostaje może 10 osób na krzyż. Ja byłam w szoku, ale poza tym, że to normalne, nie dowiedziałam sie nic więcej – śledztwo trwa!

5. kegi – i to też jest ciekawe: cola, woda, sprite i takie wynalazki nalewane są z węża. Nie ufam temu, no ale.
A zielone drinki – zdradze wam jak to zrobić w domu :D trzeba kupić kurakao (to niebieskie coś do kamikadze) i sok bananowy lub brzoskwiniowy lub pomarańczowy :D

Cóż mogę dodać.
To ludzie tworzą imprezy. Tylko ludzie, bo możesz sobie pić najlepsze driny, wnajdroższym klubie, odstrzelić się a i tak bez ekipy impreza nigdy nie będzie super. Czekam więc na deklaracje przyjazdu grup zorganizwanych!! ;)


  • RSS